Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Nowy początek

Nowy początek

Potrzebował powietrza. Zdecydowanie musiał poczuć wiatr uderzający go w twarz, mierzwiący włosy i szeleszczący szatami. Może to ostudziłoby jego gorącą głowę, która aż parowała od nadmiaru myśli.
Co ona sobie wyobraża? W co pogrywa? I kogo chce oszukać? Jego? Jest taka zagubiona i niepewna, ale kiedy on chce jej pomóc, to zamyka się przed nim jak jakiś piekielny żółw, nie dopuszczając go do głosu. A przecież się zmieniłem, do cholery!
Od dłuższego czasu chodził po całym domu zły jak osa, niewyobrażalnie irytując tym Syriusza, który wciąż miał w pamięci utarczkę z matką i nie był w nastroju do znoszenia humorów przyjaciela. Czując, że zaraz eksploduje, James porwał swoją miotłę i wzbił się w powietrze…

— Dziesięć punktów dla Gryffindoru! — wrzasnął Syriusz, który wolał latające motocykle od mioteł, ale nie szczędził gardła, by komentować mecze. — Co było całkowicie do przewidzenia, biorąc pod uwagę nadzwyczajne umiejętności… — urwał, gdy napotkał karcący wzrok McGonagall. — Tak… wróćmy do gry… Gryfoni prowadzą sto do dziewięćdziesięciu, ale Ślizgoni nie dają za wygraną. Potter i… Black… — chłopak skrzywił się na dźwięk własnego nazwiska, noszonego przez jego brata, szukającego Ślizgonów — krążą nad wszystkimi w poszukiwaniu złotego znicza, którego złapanie możezadecydować o życiu lub śmierci… To znaczy o wygranej — poprawił się szybko, kiedy nauczycielka posłała mu mordercze spojrzenie. — Gdybym to ja był pałkarzem Gryffindoru, wiedziałbym w którą stronę posłać tłuczka — dodał bezczelnie z błyskiem w oku.
— Black! — zawołała złowieszczo McGonagall. — Oddaj mi ten megafon.
Chłopak jednak uchylił się przed profesorką, która wyraźnie chciała odebrać mu jego komentatorski instrument.
— Ja już nie będę, pani profesor — oznajmił przepraszająco. — Och, nie! Dziesięć punktów dla Slytherinu! — zawył, zmieniając punktację. — Remis. Do kogo będzie należało ostatnie słowo? Może powinniśmy urządzić rzuty karne…?
— Co ty pleciesz, Black? — zezłościła się McGonagall.
— W piłce nożnej — to taka mugolska gra, pani profesor — urządza się rzuty karne, gdy… Ale zaraz! Potter chyba wypatrzył znicza! — wrzasnął.
Rzeczywiście. James, rozbawiony komentarzami przyjaciela, krążył nad boiskiem, kiedy dostrzegł złoty błysk tuż nad głową Syriusza. Postanowił połączyć pożyteczne z zabawnym i zanurkował w kierunku trybun. Dopiero po chwili wyrównał lot i skierował się prosto na przyjaciela. Regulus nie miał szans go dogonić.
— Poprawka — zawołał zdumiony Syriusz — to zamach na moje życie. Ratuj się kto może! — zawołał i padł na ziemię, świadomy dramatycznego efektu, który udało mu się uzyskać.
James śmignął tuż nad nim i po chwili trzymał w ręku złotą piłeczkę, trzepocącą bezskutecznie skrzydełkami. Okrążył stadion, z szerokim uśmiechem na twarzy. Gryfoni wiwatowali na stojąco, Ślizgoni natomiast gwizdali głośno.
— No, to było niewiarygodne! — usłyszał głos Syriusza, który z powrotem dorwał megafon. — Sto pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru, który wygrywa trzysta dwadzieścia do stu siedemdziesięciu! Brawo, Jamesie Potterze!


Znowu czuł ten dreszcz podniecenia, tę niewytłumaczalną więź z miotłą, jedność z powietrzem. Kolejny raz czuł się jak nieśmiertelny bóg przestworzy. Oczyściło go to z wszelkich myśli i emocji. I tylko leciał wciąż naprzód, zostawiając za sobą wszelkie troski. I choć wiedział, że przed nim czekały kolejne, rozrywał powietrze jak strzała i tak jak ona, zupełnie o tym nie myślał…

***

Ta ścieżka staje się powoli moim utrapieniem , pomyślała Lily. Jak jakaś piekielna droga do zatracenia…
Klony zaszumiały cicho w odpowiedzi. Zebrała się w sobie i ruszyła do twierdzy Moody’ego. Kopnęła przypadkiem jakiś kamień, który potoczył się głucho po ścieżce. Westchnęła i wkroczyła do małego królestwa Alastora Moody’ego. Spojrzała na zegarek. Znowu miała całe pół godziny do rozpoczęcia zebrania. Odetchnęła głęboko i weszła do korytarza. Zauważyła ze zdumieniem opartą o ścianę miotłę. Zajrzała niepewnie do salonu i nagle miała wielką ochotę, by się wycofać.
James Potter siedział na swoim zwykłym miejscu przy stole, mniej więcej w jego połowie. Wokół niego porozrzucane były rolki pergaminu, a on sam wyglądał, jakby próbował się nad nimi skupić, ale nie potrafił. Bębnił tylko palcami w blat, patrząc usilnie w jeden, niezidentyfikowany punkt na ścianie. Lily natychmiast pożałowała, że ubrała buty na obcasie. Od razu ją usłyszy…
Odetchnęła jeszcze raz i weszła do środka zdecydowanym krokiem. Była Gryfonką, do licha! Chyba nie na darmo Tiara Przydziału umieściła ją w Domu Lwa.
Tak, jak przypuszczała, stukot obcasów wyrwał Jamesa z zamyślenia. Spojrzał na nią i szybko odwrócił wzrok. Był pewien, że Lily usiądzie jak najdalej od niego albo natychmiast wybiegnie. Nie miał ochoty na kolejną utarczkę ani, tym bardziej, maraton za rudowłosym króliczkiem.
Krzesło obok niego skrzypnęło cicho, co kompletnie go zaskoczyło. Obrócił się w stronę dziewczyny swoich marzeń, patrzącej na niego z delikatnym, niepewnym uśmiechem.
— Li — ly — wydukał, wciąż nie bardzo wierząc własnym oczom. Zawahała się przez chwilę.
— James… — powiedziała i szybko przygryzła wargę, jakby powstrzymywała się przed cofnięciem tego.
— Co ty tu… na tym… obok…? — jąkał się. Lily usilnie starała się nie patrzeć mu w oczy. Przez dłuższą chwilę oboje milczeli. — Dlaczego nie uciekasz? Już nie jestem tak przerażający jak twój bogin — śmierciożerca? — spytał cicho.
— Skąd wiesz? — zdumiała się. — Nie widziałam cię wtedy na lekcji…
— Wiem o tobie zdecydowanie więcej niż byś chciała. Także i to, że ten bogin miał rysy Snape’a.
Lily jęknęła. Dlaczego akurat teraz…?

— W tej skrzyni mamy dość niesfornego bogina . — Profesor Wilson z uśmiechem wskazał na wielki, podskakujący kufer. — Znacie teorię. Wiecie co robić! — zawołał i powiódł wzrokiem po sali. — Panno Evans, może pani?
Lily skinęła głową i podeszła bliżej z różdżką w gotowości. Profesor Wilson otworzył skrzynię zaklęciem. Już po chwili wyszedł z niej człowiek w pelerynie, z maską na twarzy. Na lewym przedramieniu błyskał złowrogo Mroczny Znak. Ale najgorsze było to, że miał wychudzoną sylwetkę Snape’a, jego nos, który widziała mimo maski i te czarne, tłuste włosy… Była przerażona.
— R… Riddiculus! — zawołała słabo, ale nic się nie stało.
Bogin zdawał się ją przywoływać, kusić, by poszła za nim. Ale Lily zdążyła już się uspokoić. Początkowy szok minął.
— Riddiculus! — krzyknęła.
Szata bogina owinęła się wokół jego nóg. Padł jak długi na podłogę, co wszyscy powitali salwą śmiechu. Po chwili zaczął puchnąć, aż zmienił się w wielki balon, który rozszerzał się tak długo, aż pękł z głośnym trzaskiem i rozsypał się w konfetti. Sala aż huczała od śmiechu.
— Bardzo widowiskowe, panno Evans! — zagrzmiał z uśmiechem Wilson. — Bardzo…
Ale jej wcale nie było do śmiechu…


—Lily? — zagadnął zaniepokojony James, sprowadzając ją na ziemię. — Co się stało?
Przez jakąś sekundę miała zamiar odpowiedzieć, że nic, że wszystko jest przecież w jak najlepszym porządku. Ale kiedy spojrzała w jego oczy i zauważyła w nich troskę, sama nie zauważyła, kiedy zaczęła mówić…
Opowiedziała mu o swojej ostatniej wizycie na Spinner’s End i ze zdziwieniem zauważyła, że kamieniowi ciążącemu w jej sercu ubyło nieco wagi. James słuchał z rosnącym oburzeniem.
— Zasłużył, by potraktować go jak tamtego bogina — mruknął.
Lily spojrzała na niego zdumiona.
— Byłeś tam? — spytała zdumiona. Miała oczywiście na myśli klasę obrony przed czarną magią, nie mieszkanie Snape’a.
— Miałem zły dzień i chowałem się po kątach. Zresztą… nieważne. Ważne, że jest kompletnym idiotą! — Oczy rudowłosej rozszerzały się w rosnącym zdziwieniu. — Tylko kretyn wolałby Voldemorta od ciebie — wyjaśnił. — Ten facet kompletnie nie ma gustu! — dorzucił wesoło.
Lily zamrugała szybko i roześmiała się. Ciężar na duszy zmniejszył się do rozmiarów ziarnka grochu. James patrzył na nią jak urzeczony. Jeszcze nigdy się przy nim tak swobodnie nie śmiała.
— Przestań! — zawołała, gdy udało jej się uspokoić i otarła łzy. — Aż ciężko to sobie wyobrazić! To nawet nie jest zabawne! — dodała, jakby zaprzeczając samej sobie.
Zadziwiające! Śmiała się ze słów Pottera! Świat stanął na głowie i bezczelnie wymachuje nogami. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego…?
— Co takiego? — spytał. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że co najmniej jedno „dlaczego” musiała wypowiedzieć na głos.
— Bo… nie wydaje ci się to dziwne… — zaczęła ostrożnie Lily — że siedzę tu teraz z tobą i rozmawiam co najmniej jak z dobrym przyjacielem?
W rzeczy samej, dziwiło go to niepomiernie.
— Nie wiem o czym mówisz — odparł z wesołym błyskiem w oku. — W końcu żadna mi się nie oprze — dodał, mrugając do niej
O niebiosa! Znowu się śmiała! Zaczynała się poważnie zastanawiać nad zatrudnieniem skretyniałego idioty jako osobistej rozśmieszajki.
— Żadna? — O nie! Panna Evans tak szybko się nie poddaje! — To ile ich miałeś?
James spojrzał na nią i zmarszczył czoło, jakby usiłował sobie coś przypomnieć.
— Czy ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy — zaczął — że przysporzyłaś mi dużo więcej zmartwień niż wszystkie dziewczyny Syriusza razem wzięte?
— Fakt — odparła, uderzając go łokciem w ramię. — To on przysparzał zmartwień im. Te wszystkie dziewczyny same właziły mu w ręce, choćby tylko dlatego, że był Blackiem i miał ładną buźkę.
Powinien bronić przyjaciela, mimo że to wszystko było prawdą, całkiem zręcznie do tego ujętą? Tak, chyba powinien coś powiedzieć…
— Może nie tylko miał ładną buźkę. Podobno świetnie całował.
— Sprawdzałeś?
To pytanie pewnie zwaliłoby go z nóg, gdyby przypadkiem już nie siedział. Czy ona mówiła poważnie?
— Potter, ja żartowałam! — zawołała niepewnie, widząc jego minę. Odetchnął z ulgą. — A wracając do Blacka i jego wątpliwych umiejętności… Mówią, że ćwiczenie czyni mistrza. A twój przyjaciel miał więcej zajęć praktycznych z całowania niż ktokolwiek w szkole. Co nie znaczy, że potrafił rozróżnić usta od biustu — dodała obojętnie, na co James parsknął śmiechem.
— Jesteś niesamowita — powiedział. Uśmiechnęła się. — Ale te relacje o jego podbojach są mocno przesadzone. Zwykle wymyślał je, by się popisać.
— Ach, to by wiele wyjaśniało — mruknęła Lily. — Wiesz, że staliśmy się obiektem towarzyskiego skandalu? — spytała cicho, wskazując dyskretnie na grupkę czarodziejów, która moment wcześniej weszła do salonu, zatrzymując się ze zdumieniem w progu na widok ich dwojga rozmawiających ze sobą. Teraz najwyraźniej toczyli na ten temat burzliwe dyskusje, ociekające spekulacjami.
James rozejrzał się zdumiony. Dopiero teraz zauważył, że w sali obrad pojawili się ludzie. Uśmiechnął się na widok ich min. Właściwie to im się nie dziwił. Gdyby w tej chwili udało mu się rozdwoić i patrzeć na samego siebie jak rozmawia i śmieje się w najlepsze razem z Lily Ewans, pewnie uznałby, że oczy płatają mu figla.
— Chyba powinniśmy zacząć się kłócić i udawać, że ten śmiech był szyderczy — zaproponował szeptem.
Lily uśmiechnęła się paskudnie i skinęła głową. Cała sytuacja mogła być bardzo zabawna.
— Potter, nie dotykaj mnie! — zawołała, na tyle cicho, by mogło to wyglądać, jakby chciała to zrobić dyskretnie, ale na tyle głośno, by inni ją usłyszeli. Od razu na ich twarzach pojawił się wyraz niemal ulgi, że wszystko wróciło do normy. Odskoczyła od Jamesa, przewracając przy okazji krzesło.
— O co ci znowu chodzi? — spytał rozeźlony, również wstając.
— To, że usiadłeś obok mnie, nie znaczy, że możesz znowu próbować tych swoich sztuczek!
— Sztuczek? Jakich sztuczek? — spytał z zażenowaniem, mierzwiąc włosy. — Może zamiast wciąż na mnie wrzeszczeć, umówisz się ze mną w końcu? — burknął.
— Jesteś bardziej monotematyczny niż najedzony gumochłon! Nie umówię się z tobą za całe złoto Gringotta!
— A buzi dasz? — spytał z wesołym błyskiem w oku.
— Dorośnij, Potter! — krzyknęła.
— Co tu się dzieje? — Głos Alastora Moody’ego przeciął powietrze, a on sam łypnął groźnie na Lily i Jamesa, a potem na zgromadzonych przy drzwiach czarodziejów, wyraźnie żądając wyjaśnień.
— Evans i Potter — mruknął Frank Longbottom. — Normalka.
— Wy dwoje! — zagrzmiał Moody, z furią wymalowaną na twarzy. — Rozsiąść się! — zarządził.
— Z przyjemnością — odparła Lily, mrugając dyskretnie do bruneta i przewędrowała demonstracyjnie na drugi koniec stołu.
— A wy co tak stoicie jak zbroje w Hogwarcie? — krzyknął Moody do grupki przy drzwiach. — Mamy robotę!
Jego nie znoszący sprzeciwu głos podziałał na wszystkich jak zaklęcie. Powoli rozsiadali się na swoich zwykłych miejscach. Niektórzy poklepywali Jamesa po plecach, a Syriusz zabrał się do pocieszania z prawdziwego zdarzenia. Lily nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.
Większość przeszła nad tym incydentem do porządku zebrania. I tylko Dumbledore patrzył na Lily uważnie z łagodnym uśmiechem. Skinęła mu głową. Była pewna, że dyrektor już dawno zorientował się, że to tylko gra.
— Moi mili, bierzemy się do pracy — powiedział dobrodusznie. — Być może już niedługo dojdzie do pierwszego prawdziwego starcia. Powinniśmy się przygotować.
— Co pan ma na myśli, dyrektorze? — spytała Lily.
— Mów mi Albus, kochana — odparł. — Otóż Voldemort przygotowuje się do uwolnienia więźniów z Azkabanu. Jest to o tyle niebezpiecznie, że, jak wiecie, w Azkabanie przebywają najgorsi złoczyńcy, strzeżeni dodatkowo przez dementorów. Ani jednym, ani drugim nie można ufać.
— Ale przecież dementorzy są po naszej stronie! — zawołał przerażony Peter Pettigrew.
— Chwilowo tak, ale przecież oni żywią się tym, co jest specjalnością Voldemorta — wyjaśnił spokojnie Dumbledore. — Dla nich to może być bardzo kusząca propozycja.
— Narobiłeś w gacie, Gwizdek? — zawołał złośliwie Black, wywołując salwę śmiechu.
Prawie w tym samym momencie na jej kolanach wylądował magiczny, papierowy samolot. Nie potrzebowała wróżbiarskich zdolności, by wiedzieć kto był nadawcą. Szybko odczytała wiadomość: „Może mały spacer po tym wszystkim?”. Uśmiechnęła się nieznacznie i odesłała samolot z wiadomością zwrotną: „Czekaj na mnie na wzgórzu za domem”.
— Musimy być gotowi do walki w każdej chwili. W odpowiednim momencie zostaniecie powiadomieni — ciągnął Dumbledore. — Przejdźmy może do szczegółów. Alastorze… — Czarodziej wykonał gest w kierunku Moody’ego.
— Niech żadne z was nie aportuje się od razu w pobliżu Azkabanu — zastrzegł groźnie auror. — Niesubordynacja to pewna śmierć. A dąsanie się na siebie jest stanowczo zabronione! — Spojrzał wymownie na Lily, a potem na Jamesa. — Współpraca przede wszystkim. Zostaniecie podzieleni na wzajemnie osłaniające się pary. W dwójkach dużo łatwiej będzie wam walczyć z nieprzyjacielem. Wymaga to oczywiście pełnego zgrania, którego niektórym najwyraźniej brakuje. — Znów to znaczące spojrzenie. Lily miała ochotę wybuchnąć śmiechem. — Potter, Evans! Wy razem!
Poruszenie jakie zapanowało po jego słowach było równie wielkie jak przy sytuacji sprzed zebrania. A może nawet większe. James wyglądał na zaskoczonego i zadowolonego jednocześnie. Lily teatralnie skrzyżowała ręce na piersiach. Wokół stołu przetoczyła się fala ożywionych rozmów. Syriusz z uśmiechem poklepał przyjaciela po plecach. Prawie natychmiast jednak mina mu zrzedła.
— Black, ty z Pettigrew! — zagrzmiał Moody.
— Ale dlaczego ja? — zaprotestował natychmiast.
— Koniec dyskusji! — warknął czarodziej, łypiąc groźnie na chłopaka.
Syriusz spojrzał na uśmiechającego się do niego nieśmiało Pettigrew. Już nie żyję, pomyślał.
Moody miał wyjątkowy dar do łączenia w pary osób, które rzeczywiście musiały nauczyć się ze sobą współpracować. Co chwilę rozlegał się pomruk niezadowolenia. Lily jednak musiała przyznać, że te pozornie pozbawione logiki działania miały większy sens niż się wszystkim zdawało. Ta akcja nie tyle miała nauczyć ich współpracy, ile spowodować wspólne działanie w jednej sprawie ludzi, którzy niekoniecznie byli sobie bliscy. Taka walka nie w pojedynkę, a właśnie w parach wymagała bezgranicznego zaufania. I to właśnie chciał od nich wyegzekwować Moody — by potrafili wyjść obronną ręką z każdej sytuacji.
— Cisza! — zagrzmiał czarodziej ponad chórem dyskusji. Od razu przycichły rozmowy. — Śmierciożercy nie wiedzą, że chcemy sabotować ich plan. Przynajmniej taki był zamiar. Mamy więc po swojej stronie element zaskoczenia. Postaramy się go dobrze wykorzystać. Kiedy dostaniecie znak, macie się tu natychmiast pojawić. I nie próbujcie nawet indywidualnych eskapad. Jeśli ktoś naprawdę bardzo pragnie szybkiej i bezbolesnej śmierci, służę pomocą…
— Alastorze! — przerwał mu Dumbledore, jednak bez śladu gniewu w głosie.
— No dobrze, dobrze burknął Moody. — Ale jeśli ktoś ma skłonności samobójcze, niech przy okazji nie rujnuje planu — dokończył. Aportujemy się tutaj. Wszyscy. Bez wyjątku. A później przeniesiemy się świstoklikiem w pobliże Azkabanu…
— Przepraszam… — zagadnęła nieśmiało Lily. — A czy nie prościej byłoby się po prostu deportować? Tak duża grupa ludzi pojawiająca się w tym samym miejscu, w tym samym czasie musiałaby wzbudzić podejrzenia…
Kilka osób pokiwało głowami.
— Byłaś kiedyś w okolicach Azkabanu, Evans? — warknął Moody.
— Nie, ale…
— Więc poinformuję cię, że nie tylko jest miejscem nienanoszalnym, ale chronią go też zaklęcia antymugolskie i, tak jak w Hogwarcie, nie można się tam teleportować! Dlatego właśnie użyjemy świstoklika i pojawimy się w pobliskim lesie. Chyba że wolisz miotłę, co, Evans?
Lily pokręciła powoli głową. Moody najwyraźniej nie miał dobrego humoru… Co zresztą było u niego niemal normalne.
— Tak więc zostajemy przy świstokliku. I tak na wszelki wypadek, reszty planu dowiecie się dopiero w lesie.
— Ufamy wam — powiedział Dumbledore na widok zmieszania na twarzach zebranych. Moody prychnął. — Ale śmierciożercom i ich zaklęciom już nie. Lepiej dla was wiedzieć jak najmniej.
— Nie traktuj ich jak dzieci, Dumbledore! — zdenerwował się właściciel domu. — Ty, z tym swoim zaufaniem, przyjąłbyś do Zakonu każdą szuję.
— Zaufanie to podstawa tej organizacji, Alastorze!
— Wszystko jedno. Zebranie skończone! — krzyknął Moody do całej reszty.
— Zaraz, a jak zostaniemy powiadomieni? — zainteresował się Lupin.
— Zostaniecie. Won! — warknął auror i spojrzał na nich wyczekująco.
Członkowie Zakonu zaczęli powoli wstawać ze swoich miejsc. Szczególnie starsi z nich byli oburzeni zachowaniem gospodarza. Lily odczekała chwilę aż James przedostanie się do wyjścia i podążyła za nim.
Co ona robi? A tak, biegnie spotkać się z Jamesem Potterem, który do tej pory był dla niej największym idiotą na świecie.
Chłopak stał na wzgórzu z miotłą w ręku, tyłem do niej i patrzył za horyzont na zachodzące słońce. Stanęła obok niego i zauważyła delikatny uśmiech na jego ustach.
— Wiesz — zaczął — tak sobie myślę, że magia, którą praktykujemy za pomocą naszych różdżek, to mierna namiastka prawdziwej magii…
— Mówisz o zachodzie?
— O zacho… — Spojrzał na nią ze zdumieniem. — Nie. To znaczy… pewnie… w jakimś stopniu… — Machnął ręką. — Miałem na myśli los.
— Los?
— Przeznaczenie — odparł i znów wpatrzył się w prawie czerwone słońce. — Jak to jest, że teraz stoisz tu obok mnie?
— Tak… wyszło… — odparła ostrożnie. — Swoją drogą, daliśmy dziś niezły popis infantylnej kłótni uczniaków — powiedziała z uśmiechem.
Kiwnął głową.
— Uwierzysz, że robiliśmy to przez siedem lat? — spytał. — „Jesteś bardziej monotematyczny niż najedzony gumochłon” — to moje ulubione jak do tej pory.
Lily roześmiała się wesoło.
— Oboje byliśmy tacy dziecinni… — powiedziała. Spojrzała na niego z uwagą. — Wiesz, że jeszcze wczoraj chciałam o tym wszystkim zapomnieć? Chciałam, żeby ktoś wymazał mi z pamięci całe siedem lat Hogwartu!
— Z mojego powodu?
— Między innymi — odparła z uśmiechem. — Wydawało mi się, że nie potrafiłabym z tobą choćby porozmawiać, mając w pamięci te siedem lat.
— A dziś? — spytał, patrząc jej w oczy.
— Dzisiaj to tylko… echa — odparła po chwili zastanowienia. — Echa dawnych lat…
Stali tak przez chwilę obok siebie, ramię w ramię, jak starzy, dobrzy przyjaciele. Włosy Lily błyszczały słońcem, nabierając bardziej rdzawego odcienia. W okularach Jamesa odbijało się jesienne, pogodne niebo. Przerzucił miotłę do drugiej ręki i spojrzał na dziewczynę.
— Masz ochotę na przejażdżkę? — spytał z delikatnym uśmiechem.
Lily spojrzała sceptycznie na jego środek lokomocji.
— Jeśli ten kij mnie nie ugryzie, nie zacznie podskakiwać i jeśli to ty będziesz prowadził, to może się skuszę — odparła z wahaniem. - W końcu mamy współpracować, prawda? — dodała.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, ustawił miotłę w odpowiedniej pozycji i usiadł na jej przedzie. Uniósł się na kilka metrów, zatoczył koło i wrócił po Lily.
— Ty się chyba jednak nigdy nie zmienisz! — powiedziała ze śmiechem, sadowiąc się za nim.
— Wybacz. Przyzwyczajenie — odparł i mrugnął do niej. — Złap się mocno — zarządził. Lily objęła go w pasie. — Gotowa?
— Aha…
Odbił się od ziemi i szybko wzbił się na wysokość koron drzew na pobliskiej ścieżce. W odruchu obronnym przed lękiem wysokości, Lily jeszcze mocniej się w niego wtuliła. Pęd powietrza rozwiewał jej włosy. Ułożyła policzek na plecach Jamesa i nagle nawiedziło ją irracjonalne uczucie. Dziesięć metrów nad ziemią, siedząc na znienawidzonym, drewnianym patyku i obejmując niedawnego wroga poczuła się… bezpiecznie.

Ines # 7/02/2009 15:04:26
[Powrót] Komentuj





_______________________________________

Grafika wykonana przeze mnie, ze zdjęcia pożyczonego od dragonflajki.
Więcej na graficznej garderobie, a od tego rączki precz!
sponsoruje mylog.


7294 przyjaciół

Piękno tkwi wewnątrz...

przekonaj się
doceń

Opadłe liście
dorzuć
pozbieraj